Share.

    13 commenti

    1. czyli jak nie stać na jedzenie na mieście to biedny, got it

    2. stilgarpl on

      Potrafiłem kupić wielki, kilkukilogramowy worek parówek (w większych opakowaniach taniej) i potem jeść je na wszystkie posiłki.

      A co do dolnego obrazka – te rzeczy wyglądają lepiej, ale wcale nie muszą być drogie. Gofry – jajko i trochę mąki. Beza – jajko, śmietana, owoce. To nie są drogie rzeczy. Bardziej kwestia zaangażowania i czasu w kuchni.

    3. Na dolnym zdjęciu to nie widzę za bardzo jedzenia tylko same desery 🤔

    4. HarryGree on

      Różnie, zależało od miesiąca 😁

      Chyba największym hitem była u nas bułka z frytkami, która kosztowała 4.2 zł.
      Była to bułka od kebaba wypełniona po brzegi frytkami + sos, można się było tym pięknie najeść.

    5. JohnFighterman on

      Pasztet **I** jabłko? Może jeszcze w ten sam miesiąc? Jebany Sknerus McKwacz!

    6. Brakuje mi tylko kaszanki i frytek (ten sam olej cały semestr). Tanich sosów.

    7. glootech on

      15 lat temu kupowałem słoik sosu do spaghetti, paczkę makaronu i mięso garmażeryjne z kurczaka (500g), co kosztowało mnie 10zł i robiłem z tego trzy obiady.

      Kolejnym pomysłem na obiad były hamburgery – 4 kajzerki, paczka burgerów z momu, małe pudełeczko surówki, musztarda i keczup. Nie licząc tych dwóch ostatnich składników mieściłem się w okolicach 5-5.5zł.

      Do tego w dużych ilościach jadłem ryż (w promocji nawet 99groszy za 4x100g). Jadałem ryż w zupie pomidorowej, ryż z sosem, ryż z bigosem, a kiedy było trzeba, to ryż z ryżem.

    8. Cerber108 on

      U góry masz szybko, u dołu długo. Jak miałbym dla dwóch lub – o zgrozo – dla jednej osoby pieprzyć się 1-2h z daniami, które starczą tylko na dziś, to ja podziękuję. Jak np. robię pizzę, to od razu 3 blachy, na 3 obiady i siema.

    9. SARSUnicorn on

      pracuje na pełny etat + studiuje, problemem nie jest brak pieniędzy ale czasu

      sen powoli staje się konceptem teoretycznym

    10. kociol21 on

      Zdecydowanie to pierwsze.

      Przede wszystkim smalec – góry smalcu, całe łańcuchy górskie smalcu. Smalec miałem zajebisty, bo brałem od dziadków ze wsi, więc “kraftowy” i z dużą ilością cebuli i skwarek. Miesięcznie schodził spokojnie jeden ogromny słój tego.

      Jadło się na przemian chleb ze smalcem, kaszę gryczaną ze smalcem i ryż ze smalcem.

      Zupki chińskie to oczywiście standard. Pasztetu jakoś specjalnie nie jadałem.

      Z takich bardziej pamiętnych rzeczy, to jak jeszcze w Polsce był Leader Price to mieli taką ogromną butlę (chyba 0.75l) sosu koperkowego za złotówkę, to kupowaliśmy po 4 takie butle i żarliśmy to z chlebem.

      Plus najtańsza kiełbasa zwyczajna.

      I oczywiście konserwy turystyczne.

      Potem to już nawet zacząłem robić spaghetti, ale też na zasadzie, że kostka głęboko mrożonego mięsa za 2 zł, “sposób na” i najtańszy makaron.

    Leave A Reply